PMM 2007 – relacja uczestnika

Moje wrażenia z PMMa 2007.

Ogólne wrażenie

W porównaniu do otaczającego go Polconu PMM był maleńkim robaczkiem, zauważanym chyba tylko i wyłącznie przez zainteresowanych. Obecność na najważniejszym w tym roku konwencie dodaje jednak Pucharowi prestiżu, a warunki lokalowe zapewne długo stanowić będą niedościgniony wzór. Osobiście jednak wolałem zeszłoroczną studnię w szkole falkonowej, gdzie każdy przechodzeń mógł zerknąć na toczącą się sesję.

Tegoroczna edycja miała wiele miłych akcentów, jak na przykład feedback dla prowadzących, jednak nadal część z nich błaga o lepsze rozegranie (np. rozkład godzin). Chciałby też, żeby konkurs miał, że tak to ujmę, lepszy kontakt z potencjalnymi uczestnikami – do pojawienia się Ailen na konwencie właściwie nic nie było wiadomo – nie wierzę, że ktoś nie mógł się z tym zająć wcześniej.

Ja wykonałem swój plan minimum, czyli przedostałem się do półfinałów. W międzyczasie udało mi się poznać kilka naprawdę fajnych osób i poprowadzić dwie całkiem udane, z mojego punktu widzenia, sesje. Pod tym względem PMM był jak zwykle bardzo udany i to chyba stanowi największą siłę tego konkursu. Szkoda tylko z lekka zmarnowanych beszamelowych galaretek – mam za to nauczkę, żeby już więcej nie robić rekwizytów, za czym tak, czy owak nie przepadam.

Największy minus tegorocznej edycji

Muszę za niego uznać słynny scenariusz napisany przez trzech psychologów. W zeszłym roku byłem zdruzgotany, ale w tym było jeszcze gorzej. Wstydziłbym się coś takiego ludziom pokazywać, a co dopiero dawać do rozegrania w Pucharze Mistrza Mistrzów. Osobom nie w temacie poziom żenady może przykładowo ukazać fakt, że tekst (zapewne na wszelki wypadek) rozszyfrowywał dla czytelnika skróty MG i BG. Oprócz tego brak było korekty – zarówno językowej, jak i estetycznej, gdyż Raj utracony na kilometry bił wonią pretensjonalnego fylozoficznego klymaciarstwa.

Boli to tym bardziej, że sama idea stojąca za scenariuszem była dobra – dać mniej lub bardziej uniwersalny pomysł (w tym wypadku – motywy snu, amnezji, raju utraconego) do dowolnego rozwinięcia w scenariusz, uzupełniając go o szkicową rozpiskę fabuły. Być może organizatorzy wiedzieli co wypadałoby zrobić, ale na pewno nie wiedzieli – jak.

Największy plus tegorocznej edycji

Paradoksalnie ów gargantuiczny gniot, jakiego dostaliśmy do interpretacji w półfinale, stał się podstawą do stworzenia jednego z bardziej pokręconych scenariuszy w mojej erpegowej historii. Miłym okiem patrzę na takie wyzwania, zwłaszcza jeżeli jestem zadowolony z efektu finalnego, a w tym wypadku tak było. Nocna burza mózgów („Brains! Brains!” wołaliśmy z Laskiem my, peememowe zombie) zaowocowała czymś naprawdę fajnym i niezapomnianym.

Za to i za zeszłoroczny półfinałowy open play, jestem PMMowi bardzo wdzięczny. Dlatego też zachęcam do startowania w konkursie. Można wypróbować swoje scenariusze (u mnie – Rondell Szlamu do Beszamelu), poznać świetnych graczy a i zmierzyć się z czymś, co normalnie, jako straszni lenie, ominęlibyśmy szerokim łukiem.

Tekst pierwotnie opublikowany w serwisie Poltergeist.
Redakcja: Joanna ‚Ysabell’ Filipczak

One comment

  1. […] W 2007mym broniłem tytułu. W eliminacjach prowadziłem O rety, glarety! do Beszamelu (który powrócił w tym roku, nice!), ale w półfinale poległem na scenariuszu Raj utracony (poprowadziłem coś tak zakręconego, że nawet gracze z trudem łapali mój zamysł). Wygrał Skała. Moja relacja tutaj. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s